Bodaj przed rokiem natrafiłem w prasie na małą notatkę. Jeden ze znakomitych niegdyś zagranicznych trójskoczków, któremu - nawiasem mówiąc - nigdy nie udało się wygrać ze Szmidtem na wielkich imprezach, stwierdził, że nie bardzo wierzył w jego kontuzje i nękające choroby. Uważał je za wybieg taktyczny, za zwykłe asekuranctwo. Również u nas nie raz i nie dwa mówiono i pisano, że Szmidt lubi narzekać, że jest mistrzem w wyolbrzymianiu swych dolegliwości. Te opinie niezbyt pasują mi do portretu dwukrotnego mistrza olimpijskiego. I wcale nie dlatego, że wybitny sportowiec musi być ideałem bez skazy. Sport nie jest domeną aniołów. Ale czy mazgajem może być sportowiec niesłychanie bojowy, posiadający ogromny hart i wolę walki?
Mówiono, że kontuzje i choroby to haracz za zbyt późno rozpoczętą karierę sportową. Nie stawiam diagnozy, ale potwierdzam fakt, że droga Szmidta do rekordów i medali prowadziła przez „mękę". Rokrocznie - od 1961 począwszy - powtarzało się owrzodzenie dwunastnicy, osłabiające znacznie organizm i bez tego podatny na kontuzje. Ale najbardziej trudny, dramatyczny nawet, był okres poprzedzający olimpiadę w Tokio. Na dwa miesiące przed Igrzyskami lekarze postawili diagnozę: naderwanie przyczepu więzadła stawu kolanowego, połączone z zapaleniem kaletek maziowych; wysięk i konieczność operacji. Światowej sławy chirurg, profesor Gruca zoperował Szmidta nie naruszając stawu.
| |
|