Myśli galopowały.
Myśli galopowały. Józek ugrzązłby chyba w tych rozważaniach, gdyby nie Edek. Ten nie miał wątpliwości, wiedział, że brylant najczystszej próby potrzebuje tylko odpowiedniej oprawy. Zaproponował więc start w klubie i nawet umówił Józka w siedzibie zabrskiego „Górnika". Ten jednak nie stawił się na spotkanie. Bał się, że go wyśmieją, gdy zobaczą 20-Ietniego dryblasa, że każą iść do domu i nie zawracać głowy. Ale trafiła kosa na kamień. Edek przyniósł do domu klubową deklarację, sam wypełnił i tylko podsunął bratu do podpisu. Ręka niechętnie sięgnęła po pióro. Wiedział, że robi to dla świętego spokoju. Był bowiem pewny, że niema tam czego szukać... . I rzeczywiście przez najbliższe dwą miesiące Józkowi, wtedy, kiedy miał iść na trening, zawsze wypadało „coś pilnego". W końcu starszy brat zdenerwował się i przy użyciu nie tyle perswazji, ile po prostu siły zaprowadził go sam na stadion. Józek nie parał się astrologią, nie bawiło go stawianie horoskopów, nie czekał na uśmiech szczęścia. Wszystko za co się zabrał, robił solidnie. Zawsze chciał się sprawdzać w najtrudniejszej próbie, udowadniając własną wartość. Więc gdy wreszcie przełamał opory, nic nie było go w stanie zawrócić z raz obranej drogi. Po pracy przełykał w pośpiechu obiad, godzinę jechał tramwajem do Zabrza i rozpoczynał, trening. Do domu wracał przed północą i szedł prosto do łóżka, bo przecież rano trzeba było wstać przed szóstą. Nie skarżył się, a w skrupulatnie prowadzonym notatniku wyniki rosły z każdym nieomal startem. 13,18 - 13,69 - 14,03 - 14,20 - 14,40...
| |