„Triumfalny ryk kibiców z NRF - opowiada o tamtej chwili Pawłowski - był dla mnie pożegnalnym chórem. Nikt do mnie nie podchodził, żeby pocieszyć. Wszyscy wiedzieli, że medalowe szanse zostały pogrzebane aż na cztery lata".
Był zawiedziony i zły. Do tego stopnia, że po powrocie do kraju rzucił szermierkę na kilka długich miesięcy. Gdy wrócił do sali treningowej, spotkało go kolejne nieszczęście. Odłamek metalu, który tkwił w nodze Pawłowskiego od czasu powstania warszawskiego, zaczął dokuczać tak boleśnie, że niezbędna okazała się operacja. Zacisnął zęby i poszedł do* szpitala, a w kilka miesięcy później był znowu mistrzem świata. Wspaniały Paryż, najszczęśliwsze dla Pawłowskiego miasto, przywrócił mu wiarę w siebie. Po druzgocącym 5 :0 w barażu z Węgrem Meszeną, po raz drugi objął panowanie w światowej szabli. Był znów niezrównany, wkrótce wygrał turniej Martini w Nowym Jorku, zwyciężył także w Brukseli. Podniesiony na duchu, pełen optymizmu, rozpoczął przygotowania do nowych mistrzostw, tym razem w Moskwie.
Przyszła wiosna 1966, wcześniejsza niż zwykle. Pęki kwitnących kasztanów przypominały, że pora najwyższa zabrać się do nauki. Pawłowskiego czekał egzamin na uniwersytecie.
| |
|